Wyprowadzam się wraz z końcówką serii – Dobre, polskie i do słuchania #11

19 września 2017 Blog

Są takie postacie na polskiej scenie muzycznej, które od lat nagrywają, próbują i po prostu brną przed siebie. Brną, bo bycie muzykiem niezależnym w naszym kraju to ciężki kawałek chleba i albo brniesz albo cię nie ma.

Pamiętam jak kilka, cholera jednak kilkanaście lat temu, poznałem Janka Samołyka, który opowiadał, że robi muzykę, że chciałby coś nagrać. A potem widziałem w kolejnych latach, jak się ogarnia, decyduje się grać pod swoim nazwiskiem, zamiast marnować czas na sklejanie składu kolejnego zespołu, potem walczy o uwagę mediów, gra koncerty gdzie się da, pojawia się nawet na festiwalu w Opolu i brnie. Tej siły i zaparcia można mu zazdrościć.

Jesienią na rynku ukaże się jego czwarty album pod jakże znaczącym tytułem Wyprowadzam się. Znaczącym, bo wydaje mi się, że Samołyk w końcu postanowił wyjść z szuflady z ładnymi piosenkami na gitarę i zajrzeć do tej z napisem elektronika. Oczywiście to nie jest całkowita zmiana klimatu, bo jednak „wyprowadzam się”, a nie „wyprowadziłem się”, więc to jest ten stan pomiędzy kiedy nowe miejsce jest już upatrzone i ogarnięte, ale wszystkie twoje rzeczy stoją w kartonach w opuszczanym mieszkaniu. I jak uwielbiam Samołykowe ładne piosenki na gitarę, bo Janek ma do nich niesamowicie lekką rękę, to cieszę się, że próbuje wykorzystywać jakieś nowe elementy. Póki co wrzucił do sieci dwie nowe piosenki, jedna z tych ładny, a druga – ciekawsza – jakby trochę z innej bajki. Ta druga to Wyprowadzam się, a zaskakuje bardzo niepokojącym klimatem.

Ur Jorge to jeden z miliona zespołów, w którym na perkusji gra Marcin Karnowski. Tak bym napisał gdyby był złośliwy, ale dla mojego ulubionego polskiego bębniarza zrobię wyjątek i nie będę. Odstawiając żarty na bok – z Bydgoszczy wypłynął kolejny świetny album.

Główny człon Ur Jorge trzy trio Magdalena Powalisz (którą możecie kojarzyć z postrockowego George Dorn Screams), Remigiusz Ławniczak oraz wspomniany już Marcin Karnowski. I cóż, jeżeli znacie choć trochę bydgoską scenę niezależną to brzmienie Ur Jorge jakoś specjalnie was nie zaskoczy, a jeżeli nie znacie to zaskoczy tym, że w Polsce powstają tak klimatyczne płyty. Z perspektywy Śląska Bydgoszcz czasem jest jak Islandia, znaczy się z oddali wygląda trochę tak, jakby w każdej piwnicy i garażu grał jakiś zespół. Który w dodatku niespecjalnie zabiega o zainteresowanie reszty świata. Jasne ruszy w ewentualna trasę koncertową, wyda album, ale w zasadzie to najlepiej czuje się u siebie, nagrywając kolejne minuty muzyki.

Końcówka serii to drugi album Ur Jorge i tym razem zespół zabiera nas do lasu. I niby muzycy sugerują w opisie płyty, że w tym lasie powinniśmy się oddać relaksowi, to jednak nie dajcie się zwieść. To bardziej klimat jesienny, depresyjny, opadających liści, zachmurzonego nieba i jakiejś melancholii. Muzycznie dzieje się tu dużo dobrego, ale też zespół nie uprawia jakiś szalonych eksperymentów, a raczej sięga po sprawdzone rozwiązania.

Brzmieniowo jest dość nisko, muzyka wydaje się lekko przymulona, poetyckie teksty nie ułatwiają sprawy, a całość oplatają partie perkusji, która oprócz nadawania rytmu, albo zamiast nadawania rytmu, splata wszystko ze sobą. Idealne na jesień, która już się chyba zadomowiła.


Wpis jest częścią cyklu Dobre, polskie i do słuchania, w którym od czasu do czasu zestawiam ze sobą fajnych polskich wykonawców.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.