Wojciech Brzoska: Wiersz czeka na odpowiednią muzykę

2 lutego 2016 Wywiady

Z Wojciechem Brzoską – poetą, wokalistą zespołu Brzoska i Gawroński i pracownikiem Służby Więziennej – rozmawiam o łączeniu światów muzycznych z literackimi po obu stronach więziennych murów.

Powiedz mi, jak artysta Wojciech Brzoska znalazł się w areszcie, czy to może w pracowniku więzienia obudził się twórca?

Artysta był pierwszy. Zacząłem pisać wiersze w okolicach 1997 roku, miałem wtedy dziewiętnaście lat, a pracę w wiezieniu rozpocząłem dopiero w 2002 roku. Jak nietrudno policzyć- jest to pięcioletni okres, w którym wydałem dwa pierwsze tomiki: Blisko coraz dalej i Niebo nad Sosnowcem. Studiowałem wtedy też kulturoznawstwo na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Chociaż pisanie zaczęło się jeszcze w liceum, to zacząłem publikować będąc już na studiach. Z pracą wyszło tak dość prozaicznie i to taka trochę kontynuacja rodzinnej tradycji. Początkowo – kiedy pojawiła się taka opcja na horyzoncie – bardzo mocno oponowałem, natomiast sytuacja zarobkowa, może nie tyle mnie zmusiła ale popchnęła w tym właśnie kierunku. Między innymi dlatego, że moje poszukiwania pracy w kulturze spełzły na niczym.

Ojciec też zajmuje się kulturą?

Nie, mój tata kończył studia pedagogiczne i psychologiczne. Zaczynał jako wychowawca, ja zresztą też- jako wychowawca oddziału. Z czasem, po kilku latach – po tym, jak przyznałem się się, że sam coś piszę i z pasji zajmuje się kulturą – zająłem się tzw. sprawami kulturalno-oświatowymi, czyli zacząłem funkcjonować jako „kaowiec”.

Przyznaniu się do pisania?

Wiesz, pracuję w dość specyficznym środowisku, chociaż przez te lata mojej pracy wiele też się pozmieniało. Pojawiło się więcej otwartości, zarówno samej instytucji na działania zewnętrze i kulturalne, jak i osób, które w niej pracują na innych, chociażby artystów. Zaczynając pracę w więzieniu zaraz po studiach kulturoznawczych miałem wrażenie, że takie obnoszenie się z pisaniem wierszy, byciem artystą, mogłoby być oznaką „słabości” w tym „twardym” i „męskim” świecie. Wiesz, stereotypy dotyczące poetów są do dziś bardzo mocno obecne w społeczeństwie, zwłaszcza polskim. I niekoniecznie pozytywne. Pomyślałem, że niekoniecznie chcę się z tym wychylać, że będę po prostu realizował swoją pasję po pracy.

Co było impulsem do ujawnienia się?

Pierwszy koncert jaki zrealizowałem w Areszcie Śledczym w Katowicach to występ zespołu Pogodno w 2005 roku – po trzech latach pracy. Wynikało to z kilku rzeczy. Po pierwsze miałem jakiś tam towarzyski dostęp do muzyków z tego cenionego przeze mnie zespołu, ponieważ muzyka zawsze leżała w kręgu moich zainteresowań. Po drugie miałem możliwość zaproponowania im działania w nietypowym miejscu i dla dość nietypowych odbiorców. Po trzecie zadziałała ciekawość, bo przecież wiedziałem, że w innych więzieniach takie rzeczy się odbywają. Jednak z perspektywy czasu mogę nieskromnie powiedzieć ,że owszem, gdzie indziej kulturalnie „działo się”, ale były to wydarzenia skromniejsze w zakresie zarówno ilościowym, jak i jakościowym. Dobór artystów gdzie indziej bywa też chyba bardziej przypadkowy i może bardziej „rozrywkowy” niż u nas.

Widzisz jakieś pozytywne efekty tych działań w więzieniu?

Poza pozytywnymi, słownymi sygnałami, które czasami docierają od więźniów, mam też dowody trwalsze, czysto ludzkie. Ta praca to dla mnie takie dzielenie się swoimi pasjami z więźniami, dzięki uprzejmości i dobrej woli (może też trochę dzięki ciekawości) znajomych kolegów po piórze i instrumentach, a to, co osoby z tej trochę nietypowej publiczności wezmą z tego dla siebie to- już ich sprawa. Powiedziałem o dowodach ludzkich, ponieważ w ciągu ostatnich dwóch lat zdarzył mi się taki podopieczny, który sam przebywając w areszcie zaczął pisać wiersze. Impulsem dla niego był plakat informujący o Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Geneta, który wymyśliłem i od 7 lat współorganizuję. On wcześniej malował, ale chęć pisania uruchomiła się pod wpływem tej właśnie informacji, w efekcie czego zaczął pisać i został dwukrotnym laureatem tego konkursu. Było to interesujące, że zaczęliśmy spotykać na niwie literackiej i – pomimo mojej początkowej nieufności co do jakości jego twórczości poetyckiej – zauważyłem, że ma jakiś rodzaj intuicji, która przy delikatnym wsparciu – ale bez wchodzenia z butami, bo to w końcu jego „rzeczy” – zaczęła się rozwijać. W zeszłym roku przeglądałem w księgarni jeden z numerów Odry i w spisie treści zobaczyłem jego nazwisko. Na początku wyparłem to, że rzeczywistość literacka i więzienna się nakładają i zacząłem wertować strony, żeby sprawdzić czy sobie czegoś niepotrzebnie nie dopowiedziałem. Okazało się, że to właśnie te jego wiersze nagrodzone w konkursie, przy których starałem się mu jakoś tam pomagać. Kupiłem dwa egzemplarze miesięcznika, które zaniosłem mu następnego dnia. Uświadamiając przy okazji, że Odra nie jest czasopismem ukazującym się od wczoraj, ale od lat 60. Jest ważnym i cenionym periodykiem.

To przełamanie się do powiedzenia w środowisku więziennym o twoim pisaniu, pomogło ci potem z pokonaniem bariery strachu przed występowaniem na scenie z muzykami?

Pod względem pokonywania pewnych ograniczeń, być może tak. Wydaje mi się, że źródłami tego by łączyć wiersze z muzyką, były jednak dążenia do kolejnych (po pisaniu) twórczych,interesujących doświadczeń. Byłem zmęczony takimi typowymi odczytami tekstów, które już od jakichś dziesięciu lat realizowałem. Głównie z braku innych pomysłów, zarówno organizatorów jak i moich. Początek mojej współpracy z muzykami to okolice 2006 roku roku, kiedy spotkałem Adama Kusiaka, działającego pod pseudonimem Mosquito i dłubiącego w muzyce elektronicznej. Poznaliśmy się za sprawą znajomych na imprezie (możliwe nawet, że był to koncert Pogodno). Zaczęliśmy kombinować jak połączyć te nasze dwa światy i skończyło się płytą, która ukazała się jako dodatek do czasopisma Lampa w 2008 roku. Skończyło się też dosłownie, bowiem dzieliły nas zarówno kwestie charakterologiczne jak i pomysły na granie tych rzeczy na żywo. Zależało mi wtedy na wyjściu z tą muzyką do ludzi na koncertach. Potem miałem przerwę, w czasie której szukałem muzyków, ale bez jakiejś specjalnej presji czasu. Spotkałem pewnego razu recenzenta muzycznego Łukasza Foldę, który powiedział mi o Dominiku Gawrońskim robiącym podobno fajną, pokręconą, eksperymentalną muzykę elektroniczną. Łukasz właśnie zrecenzował jego płytę Cup of Coffee. To był początek 2011 roku, a na spotkanie wziąłem płytę nagraną z poprzednim składem. Co prawda po drugiej stronie (u Dominika) zobaczyłem trochę (jak mi się wtedy wydawało) znużenia i niezrozumienia o co mi chodzi, ale powiedziałem, żeby zaproponował coś własnego i poszło.

Muzyka miała pomóc w promocji tekstów czy może był to pomysł na nową drogę artystyczną?

Na pewno pierwsze próby tych działań nie były spowodowane sprawami promocyjnymi, w tym sensie, że muzyka nie miała tu być tylko nośnikiem tekstów. Fajnie jest jeśli to się dzieje przy okazji, jednak ja miałem ochotę po prostu zrobić coś innego niż dotychczas. Słuchałem wcześniej kilku projektów, które łączyły poezję z muzyką i absolutnie nie chodzi tu tzw. o piosenkę poetycką, czy poezję śpiewaną, ale bardziej eksperymentalne połączenia. Oprócz oczywistych oczywistości w postaci Świetlików, był jeszcze dłużej przecież od nich działający na polskim rynku zespół Variete. Piosenki śpiewane po polsku zawsze mnie przyciągały, ale mało jest takich wykonawców, którzy eksponują polskie słowa. A wielu zasłania się obcym językiem i tym, że po angielsku niby łatwiej pisać do rytmu. Jednak dla mnie to najczęściej maskowanie tego, że ma się niewiele do powiedzenia.

Najpierw powstają teksty czy może muzyka?

Dominik Gawroński najczęściej wysyła mi swoje gotowe muzyczne aranże czy też ich szkice, a ja wybieram te ścieżki, które wskazują mi kierunek interpretacji wierszy z mojej dość dużej – nawet za dużej – puli tekstów, którymi dysponuję. Jestem dość otwarty na przycinanie wierszy pod muzykę czy nawet dodawanie do nich refrenów. Nie bywam przywiązany do „jedynej słusznej wersji ”, a wręcz jeżeli zdarza mi się czytać (coraz rzadziej) te przerobione teksty na spotkaniach autorskich bez muzyki, to robię to już podświadomie w takim rytmie jakbym występował z zespołem. To już taki nierozerwalny związek słów z muzyką.

Jesteście już tak zgranym zespołem?

Zagraliśmy w ciągu kilku lat istnienia zespołu kilkadziesiąt koncertów w różnych muzycznych składach, także w różnych przestrzeniach (jak kluby, plenery, więzienia czy biblioteki) Bywaliśmy tercetem, kwartetem i kwintetem. Cały czas poszukujemy optymalnego brzmienia, jeśli chodzi o dobór instrumentalistów na koncertach, cieszę się jednak z tego, że mają ochotę współpracować z nami (zarówno w studio jak i na koncertach) znakomici muzycy, jak chociażby Mikołaj Trzaska, Wojtek Kucharczyk czy Przemek Borowiecki. Początkowym pomysłem na nas muzycznie, poza połączeniem moich melogadanych wierszy z eksperymentalną elektroniką Dominika było zaproszenie do współpracy wokalistki, która nieco „upiosenkowiłaby” te szorstkie brzmieniowo utwory – stąd od początku obecność w naszym zespole Asi Małanki.

Piszesz piosenki, bo tak zasugerowałeś?

Użyłem słowa „upiosenkowić”, bo piszę wiersze, z których potem wspólnie robimy piosenki. Był tylko jeden przypadek, że to Dominik napisał muzykę do powstałego wcześniej tekstu, tak było z utworem Annie Leibovitz fotografuje niebo dla Susan Sontag, utworze napisanym z myślą właśnie o naszej (byłej już) wokalistce. Szkielety piosenek są bardzo nasze, duetowe. Były pomysły na bardziej spontaniczną pracę, jednak ten nasz koncertowy skład niemal bez przerwy się zmienia. Wciąż szukamy optymalnej formuły i zdaje się, ze jesteśmy już blisko tego, co chcemy osiągnąć. Prawda jest też taka, że w kwestiach tych trzonów muzycznych łatwiej jest się dogadać dwójce kumplujących się facetów, niż większej ekipie, gdzie każdy ma swoje, często odrębne zdanie.

Miałeś taki tekst, o którym wiedziałeś, że nie sprawdzi się w formie pisanej, ale z muzyką już tak?

Tak jeszcze nie. Natomiast mam tak, że starsze teksty poetyckie, nabierają nagle nowego życia z muzyką. Kiedy piszę – priorytetową rzeczą jest, by to broniło się na papierze. Zdarza się, że wiersz czeka na odpowiednią muzykę i na swój moment ucieczki z kartki w dźwięki. Teraz na przykład nagrywamy kilka piosenek z tekstami z poprzedniego tomiku i jeszcze starszych książek. Tomiki poetyckie są dla mnie poetyckim zapisem jakiegoś fragmentu czasu, płyty – niekoniecznie.

Dlaczego Słońce, lupa i mrówki – druga płyta zespołu – ukazała się jako dodatek do twojego tomiku poetyckiego?

Szukałem wydawcy tomiku W każdym momencie, na przyjście i odejście i trafiłem do jednego z lepszych – moim zdaniem – wydawców poezji w Polsce, mianowicie do Mariusza Grzebalskiego i redagowanej przez niego serii poetyckiej w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Mariusz odpowiedział, że chętnie opublikuje teksty, ale zapytał też czy byłaby szansa wydania książki z płytą zespołu. W zasadzie to miało być równoprawnie łączone wydawnictwo (tomik + płyta), a nie płyta jako dodatek. Mam świadomość tego, że tomik adresowany jest do nieco innego środowiska odbiorców niż płyta. Natomiast to, że padła konkretna propozycja, że estetycznie jest to finalnie dość wysmakowany produkt, zadziałało dobrze, bo i tak planowaliśmy przecież wrzucenie później tego materiału do sieci.

Słuchając waszych nowszych rzeczy, czułem, że wasza muzyka spokojnie mogłaby funkcjonować z etykietką piosenki popowej. Oczywiście przy jakimś delikatnym otwarciu słuchaczy na nowe brzmienia.

Fajnie, że to mówisz, bo uważamy z Dominikiem, że dobra muzyka nie musi odwracać się tyłem do słuchacza. Mówisz, że te nasze rzeczy są popowe, chociaż tak jak zauważasz, część osób może patrzeć na nas dziwnie. Bo nasze piosenki nie są do końca zaśpiewane, bo często nie mają refrenów. Są raczej szorstkie i melogadane. Ostatnio Grzegorz Hoffman puścił nas w radiowej Trójce, w autorskiej audycji GH +, która ma w opisie, że zajmuje się popem. Zdaje się, że są tacy, którzy się nas nie boją, ale minie jeszcze pewnie wiele lat zanim poezja w kontekście muzyki w Polsce nie będzie się kojarzyła tylko i wyłącznie z jakąś zatęchłą i skostniałą artystycznie tzw. poezją śpiewaną.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.