Sambor: to śpiewanie mi już zostało

15 maja 2016
Wywiady

Nagrywanie muzyki to nie tylko spełnianie marzeń czy realizowanie pasji, ale także walka z przeciwnościami losu. O pracy nad nowym albumem rozmawiam z Samborem Kostrzewą.

Masz muzyczne wykształcenie?

Sambor: Nie, ale muzyka była obecna w moim życiu odkąd pamiętam. Jako dzieciak trafiłem na album „Help” The Beatles i przeżyłem swoje pierwsze muzyczne olśnienie. Pamiętam, że słuchałem tej płyty w kółko. Miałem wtedy sześć, może siedem lat, zacząłem sobie podśpiewywać do magnetofonu i to śpiewanie mi już zostało. Potem przez parę miesięcy uczyłem się grać na gitarze, ale byłem tak zestresowany tymi zajęciami i nauczycielką, która ciągle powtarzała, że coś robię źle, że zrezygnowałem.

Ile miałeś lat?

Nie pamiętam dokładnie, ale to było jeszcze w podstawówce. Po roku wróciłem do grania, bo dostałem od babci gitarę gitarę elektryczną. Od tego czasu uczę się już sam.

Zapytałem o to wykształcenie muzyczne, bo w twoich piosenkach słychać dużo jazzu i takich klimatów, po które rzadko sięgają samouki.

Po prostu otaczałem się ludźmi, którzy byli ode mnie lepiej wykształceni muzycznie. (śmiech) W liceum poznałem Michała Lipińskiego, z którym nagrywaliśmy poprzednie płyty, i to on mnie zapoznał z jazzem i elektroniką. Był starszy i podsuwał mi sporo muzyki, której nie znałem. Założyliśmy pierwszy zespół, zagraliśmy kilkanaście prób w garażu i się rozpadliśmy. Mimo wszystko pisałem i nagrywałem kolejne piosenki – między innymi w elektronicznym projekcie Xanax. Nagraliśmy ponad 30 numerów, chociaż nigdy nie spotkaliśmy się na żywo. Kontaktowaliśmy się wyłącznie przez internet. Myślę, że mogliśmy być pierwszym wirtualnym zespołem w Polsce. Po kilku latach poczułem, że znowu mam ochotę na większą interakcję z muzykami. Odezwałem się do Michała, z pytaniem, czy nie chciałby czegoś wspólnie zrobić… i takie są początki płyty Yesterday Is Unknown, którą wydaliśmy już jako Sambor.

Poszło w świat i chyba znalazłeś wtedy wierną grupę słuchaczy.

Jasne, chociaż nie wiedziałem za bardzo, co możemy z tym zrobić. Nie mieliśmy właściwie żadnego doświadczenia. Nie graliśmy nawet koncertów i skupialiśmy się przede wszystkim na nagrywaniu… a chwilę później wylądowaliśmy na Open’erze. A to był trzeci koncert tego zespołu.

Teraz to owocuje, bo ci słuchacze chętnie wspierają zbiórki na nagrywanie kolejnych płyt. Jak idzie nagrywaniem nowego materiału?

Tak, to wsparcie to super sprawa. Z jednej strony motywacja, a z drugiej – presja związana z ogromnym kredytem zaufania, jaki dają ci ludzie. Nie mogę powiedzieć, że jej zupełnie nie odczuwamy. Na szczęście wygrywa motywacja i większość materiału została już zarejestrowana. Chociaż zdarza nam się wywracać numery do góry nogami w ostatniej chwili, więc nie chcę mówić, że to już definitywnie koniec pracy.

W zeszłym roku, po zagraniu kilku koncertów z materiałem z albumu Bruksizm, trafiłeś do szpitala. Istniała w twojej głowie możliwość, że na kolejnej płycie może zabraknąć twojego głosu?

Brałem pod uwagę taki scenariusz. Kiedy byłem w szpitalu, zacząłem robić szkice na iPadzie. To były mocno elektroniczne rzeczy. Moim jedynym „instrumentem” była malutka klawiatura midi, nie miałem też możliwości śpiewania. Ograniczenia i taka minimalistyczna podróż okazała się dla mnie bardzo inspirująca. Tym bardziej, że już wcześniej kręciły mnie takie klimaty, co słychać między innymi w numerze 43-100, który znalazł się na Bruksizmie.

Po wyjściu ze szpitala postanowiliśmy z chłopakami nagrać album z piosenkami, co nie zmienia faktu, że równolegle pracuję też nad instrumentalnym materiałem. Myślę, że niektórzy będą bardzo zdziwieni, kiedy już się ukaże.

To co śpiewasz jest dla ciebie ważne?
Śpiewam o rzeczach, które mnie w jakiś sposób poruszają. Nie jestem dobry w pisaniu na „zadany temat”. Teksty zazwyczaj pojawiają się w mojej głowie same, pod wpływem impulsu. Muszę je tylko spisać, zanim znikną.

Czasem są wynikiem prawdziwych zdarzeń, a czasem inspiracją okazuje się film czy książka. Na najbliższym albumie znajdzie się m.in. piosenka napisana pod wpływem My Summer Of Love Pawlikowskiego czy książki Galapagos Kurta Vonneguta, ale również utwór, do napisania którego zainspirowało mnie miasto obserwowane zza okna kawiarni.

Trzeba ci przyznać, że masz silną wolę. Od robienia muzyki nie powstrzymała cię ani zła nauczycielka, ani choroba, ani odległość dzieląca Cię od zespołu. Ciągle kursujesz między Poznaniem, gdzie mieszkasz, a Śląskiem, gdzie macie próby.

Pracę na odległość mam już całkiem nieźle opanowaną. Internet daje naprawdę ogromne możliwości. W tej chwili spotykamy się raz w miesiącu, a resztę załatwiamy już zdalnie. Mimo wszystko praca face-to-face z innymi muzykami to zupełnie inny poziom porozumienia i mam nadzieję, że przed koncertami uda nam się nieco zintensyfikować próby.

Przynosisz na te próby gotowe piosenki?

Różnie to bywa. Zazwyczaj przynoszę jakiś szkielet i resztę dopracowujemy razem. Jeśli chodzi o pracę nad najnowszym albumem, to w dużej części znajdą się na nim piosenki, które grywaliśmy już wcześniej w innych aranżach, ale nie pasowały do koncepcji Bruksizmu. Teraz podeszliśmy do nich w zupełnie innym składzie, z innym nastawieniem i postanowiliśmy je wywrócić do góry nogami. Myślę, że się udało.

Nową płytę też spina jakaś myśl?
Nasza EP-ka miała się początkowo nazywać Proste piosenki. Taka właśnie była idea tego materiału. Proste, minimalistyczne piosenki. Ja miałem przede wszystkim śpiewać i grać na gitarze, Krzysztof Kuźnik, nasz basista – grać na syntezatorze, a Adam Cyzio, perkusista – na samplerze perkusyjnym. Każdy po jednej ścieżce. Tyle. Chcieliśmy się w ten sposób ograniczyć, ale oczywiście w międzyczasie wszystko się pozmieniało i pojawiło się sporo dodatkowej elektroniki.
Z początkowej koncepcji zostały jednak jakieś założenia – to mają być nowoczesne piosenki bez harmonicznych udziwnień. Taki odpoczynek po poprzednim albumie.

Na koncertach będziecie mieszać te pokręcone utwory z Bruksizmu z tymi prostymi piosenkami?

Postaramy się zagrać jak najwięcej nowych numerów. Bardzo chciałbym też wprowadzić do seta kilka przestrzennych, instrumentalnych lotów, bo takie klimaty świetnie nam wychodzą na próbach. Jeżeli już sięgniemy po stary materiał, to pewnie w zmienionych aranżach i z większą dawką elektroniki.

Dlaczego?
Bo nie lubię śpiewać i grać na gitarze. (śmiech)
Bardziej interesuje mnie teraz produkcja muzyczna i odkrywanie nowych terytoriów.

A z tym materiałem solowym, który powstał podczas pobytu w szpitalu coś zrobisz?

W tej chwili skupiam się przede wszystkim na wydaniu albumu z piosenkami, ale faktycznie równolegle pracuję nad drugim, bardzo odmiennym materiałem. Znajdą się na nim między innymi numery inspirowane serialami, których ostatnio sporo oglądam. To świetne źródło inspiracji. Jeszcze kilka serii i na pewno będę miał gotowy album. (śmiech)

Sambor Kostrzewa to wokalista i producent związany ze Śląskiem i Poznaniem. Ma na swoim koncie dwie płyty – „Yesterday Is Unknown” oraz „Bruksizm”. Pracuje właśnie nad kolejnym albumem, który ukaże się jeszcze w tym roku.