Rzeczy, które chce wyrzucić

12 października 2017 Blog

Najczęściej uzmysławiamy sobie ile rzeczy posiadamy, kiedy sprzątamy mieszkanie po kimś kto umarł. Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy to zapis z przeglądu biblioteczki zmarłej matki autora.

Kolejne tytuły, które przegląda, wiążą z konkretnymi anegdotami, a te wprowadzają kolejnych bohaterów, aż w końcu początkowy chaos książkowy zamienia się w krótką listę pozycji, których autor nie wyrzucił. Z treści można wywnioskować dlaczego, chociaż nie jest to takie oczywiste jak mogłoby się zdawać.

Jednak chciałem nie tyle o książce co o rzeczach i tym sprzątaniu ostatecznym. Podobny wątek prędzej czy póżniej pojawi się pewnie w życiu każdego człowieka, taki nas los, że umieramy, a ludzie wokół nas – jak na złość – także. Podobna historia do tej Marcina Wichy, była kamieniem węgielnym do powstania pewnego amerykańskiego kolektywu blogowego, który działa pod znamienną nazwą The Minimalists. To właśnie śmierć matki połowy duetu stała się przyczynkiem do tego, żeby zadać sobie pytanie po co gromadzimy te wszystkie rzeczy. To jest dobre pytanie, a książka Wichy zmusza czytelnika do jego zadania, bez potrzeby przeżywania traumy związanej ze śmiercią bliskiej osoby. To jest wartość dodana.

Fajnie jest mieć rzeczy. Fajniej jest mieć ciekawe życie. To pierwsze lekko utrudnia to drugie, bo jest bagażem, balastem i czymś co niepotrzebnie zajmuje nasz czas. Chodzi o pierdoły, które trzeba odkurzać, przestawiać, czyścić, dbać, a finalnie używamy ich najwyżej raz do roku. Wiecie te stoły, te porcelany, te figurki, te bilety z widzianych koncertów, pamiątki z wakacji, te kieliszki na specjalne okazje i tak dalej.

Rzeczy pozbywa się trudno. Książek pozbywa się jeszcze trudniej. Warto więc zacząć na innych frontach i wynieść kilka rzeczy – na początek – do piwnicy. I tam też zrobić mały porządek, bo jak coś leży od dwóch lat w piwnicy i nie jest kawałkiem drewna, które się kiedyś wykorzysta, albo rowerem, którego jeszcze nikt nie ukradł, to zapewne jest już nic nie warte, nawet w sferze sentymentalnej.

Łatwiej niż wyrzucać, jest wprowadzić sobie jakieś ograniczenia przy kupowaniu nowych rzeczy. Przykładowo: narzuciłem sobie rygor kolorystyczny na kupowane ubrania. Spodnie – krótkie i długie – w jednym kolorze, marynarki i bluzy w jednym, koszule w – póki co – dwóch i tylko przy skarpetkach zdarza mi się zaszaleć. Także kiedy trafiam do sklepu, okazuje się, że niewiele rzeczy wpasowuje się ten ustalony zakres. Robi się trochę z tego taka gra. Plusem całej sytuacji jest to, że kolory są tak dobrane, że w różnych wariantach zawsze ze sobą pasują, więc i ubieranie się, czy to na bardziej elegancko czy to na bardziej luźno, zabiera mniej czasu i szybciej można wyjść z domu.

Także przeczytajcie Rzeczy, których nie wyrzuciłem, a po lekturze wyrzucie coś, bo nie wszystkie przedmioty mają ciekawe historie, niektóre są tylko dobre w zbieraniu kurzu.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.