Przemek Mateusz Sołtysik: To tylko i wyłącznie prowokacja

24 września 2016
Wywiady

Za chwilę ruszy kolejna edycja katowickiego festiwalu Ars Independent, którego tematem są film, animacje i gry wideo. O tym wszystkim rozmawiam z Przemkiem Mateuszem Sołtysikiem, dyrektorem festiwalu.

Czy gry wideo za kilka lat zastąpią nam filmy?

Przemek Mateusz Sołtysik: Nie. Jestem kinofilem i wierzę, że kino przetrwa w tej czy innej formie. Nie obserwujemy bowiem wielkiego kryzysu kinematografii, który wielu wieszczyło od jego narodzin. Film najpierw miał być zabawką, która nie przetrwa dwóch jarmarków, potem mówiono, że dźwięk zabije kino, potem kolor i tak dalej i tak dalej. Nic kina nie zabiło, a wiele rzeczy go wzmacnia.

W zeszłym roku robiliśmy taki eksperyment z goglami VR, że stworzyliśmy wtedy specjalną salę kinową w wirtualnej rzeczywistości. Użytkownik, widz, po założeniu gogli mógł poczuć się jakby był na prawdziwej sali kinowej i oglądał film. Dlatego prędzej postawiłbym pytania: jaką przyszłość mają festiwale filmowe i takie doświadczanie sali kinowej?

Pojawiają się też takie „nowości” jak kina 4D, w których masz nie tylko obraz 3D, ale też podmuchy wiatru w twarz czy zmiany temperatury. Czy taka „interaktywność” powinna być raczej domeną filmów czy może raczej gier wideo?

W zasadzie sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie. To w grach wideo leży szansa na to by pogłębiać nasze odczuwanie.

Jest takie ciekawe pytanie: jak długo kino jest kinem? Lars von Trier często to sprawdza, jak długo film jest jeszcze filmem, a gdzie jest miejsce na wyobraźnie widza. Myślę, że ta wyobraźnia widza jest bardzo często niedoceniana. Grzegorz Królikiewicz – polski krytyk filmowy – pisał, że najważniejsze w kinie jest to czego nie widać. Czyli to co jest poza kadrem. Jest taki fajny film do zobaczenia w całości na YouTube, który nazywa się Final Cut: Ladies and Gentlemen. Ten film jest według mnie najdoskonalszym przykładem found footage, czyli „znalezionego obrazu”. Chodzi o to, że dla tego obrazu nie nakręcono ani jednego ujęcia, a całość jest składanką z fragmentów innych, zdaje się, że przeszło czterystu filmów.

Taki remix.

Tak i pomimo tego ten film opowiada historię od punktu A do punktu B. Najprostszą historię świata, czyli chłopak spotyka dziewczynę, zakochują się i tak dalej. Na tym poziome fabuły film jest prosty, tylko postacie mają sto twarzy, bowiem wcielają się w nie aktorzy grający postacie z innych filmów.

To ciągle pytanie o to jak daleko można zmienić formułę kina, tak by pozostawić jego esencję, czyli wyobraźnię widza. Jeżeli widz nie współpracuje z obrazem to każdy eksperyment zakończy się porażką. A takie dodawanie zapachów do kina to coś co czasem może odwórcić naszą uwagę od tego co jest najważniejsze, czyli właśnie od wyobrazni zapełnianiającej luki w obrazie.

Jak oceniać gry wideo? Wiesz to nie jest tak jak z filmem, gdzie dostajesz skończone dzieło, ale coś co jest też efektem tego jak gramy. W najlepszą grę z cudownym scenariuszem i przepiękną grafiką, da się zagrać tak, że fabuła będzie kręciła się w kółko, a widzieć będziemy tylko błędy w nakładaniu się elementów graficznych.

Gry wideo na poziomie językowym są daleko w tyle za innymi sztukami. W takim sensie, że są na początku swojej drogi i tak naprawdę to jeszcze nie wiemy jak poprawnie rozmawiać o grach wideo jako o sztuce czy zjawisku kulturowym. Ten język i ta krytyka się dopiero tworzy, ważnym jest, żeby świat sztuki od początku miał wpływ na to jak to się kształtuje.

Teraz pojawiają się kategorie do oceny gier wideo, które są zupełnie efemeryczne, które nie są jasne i czytelne. W niektórych mediach można znaleść termin „grywalność”, tylko co to znaczy? My na Ars Independent pokazujemy takie gry, których „grywalność” jest raczej drugorzędna.

Jak wybraliście akurat taki zestaw gier do prezentacji na festiwalu?

Pokazujemy gry, w których istotą jest opowiedziana historia lub sama zabawa formą. Gry wideo uczą się szybko, tak szybko jak rozwija się technologia. Pojawiają się już produkcje, które same komentują zjawiska zachodzące w grach. Są gry wideo, które są takimi meta grami wideo i bawią się poczuciem bezpieczeństwa u widza, czy raczej odbiorcy. Takie gry są szalenie ciekawe.

Naszą rolą jest prowadzenie edukacji w tym zakresie, ale także zastanawianie się nad tym jak mówić o grach wideo.

A jak wyglądał analogiczny proces wyboru w przypadku filmów?

Mamy ścisłe i twarde kategorie, czyli film musi być debiutem lub drugim obrazem w karierze twórcy. Co gdzieś zakłada, że będą to młodzi twórcy. I to jest ważne, bo to festiwal dla twórców zaczynających swoją drogę w danej dziedzinie sztuki. Staramy się pokazywać filmy przed premierą kinową i reguralną dystrybucją. To jest już jakieś zawężenie.

Potem jest już tylko czysty subiektywizm ekipy oceniającej. Ważne są dla nas takie pojęcia jak: przeoczenie, marginalizacja i filmy, którym cieżko jest się przebić w innych warunkach, które wymagają pewnej intymości. Ale też takie obrazy, które od początku mają świadomość swojej formy.

Tworząc program festiwalu czujesz jakąś presję?

Festiwale mają pewną odpowiedzialność wobec widza, czy nawet społeczeństwa, a jest to szczególnie widoczne przy animacjach. Gdzie oglądamy współcześnie animacje? Z wyjątkiem wielkich produkcji Pixara, widz nie ma za bardzo możliwości obejrzenia czym zajmuje się obecnie świat animatorów. Pod tym względem mamy świadomość, że festiwal może być często jedyną możliwością by zobaczyć przekrój współczesnej animacji, czy to komputerowej czy rysunkowej czy lalkowej. Koncepcji na to jak animować jest oczywiście jeszcze więcej.

Mówisz o odpowiedzialności, ale z drugiej strony rolę jurora na festiwalu powierzyliście widzom.

Moja odpowiedzialność kończy się właśnie w tym momencie, kiedy pokazujemy film, kiedy wyciągamy i pokazujemy rzeczy, które są według nas warte uwagi. Potem ustanawiamy się jako osoby, które są gotowe do dyskusji na ich temat.

Co jeżeli zdarzy się tak, że jakiś młody ambitny twórca ściągnie na festiwal swoich znajomych, którzy zagłosują na jego film.

„Wyścigi konne” w przypadku sztuki zawsze są skazane na jakieś uproszczenia. No bo, jak oceniać co jest dobre a co złe? W świecie sztuki taka dwuwartościowa ocena nie działa. Na festiwalach też to nie działa. Tak naprawdę chodzi o to co jest dla nas najcenniejsze. Dla mnie na Ars Independent najcenniejsze nie są filmy, animacje, gry wideo ani nic innego co pokazujemy. Dla mnie najważniejszy jest odbiorca, bo tylko w momencie kontaktu odbiorcy z jakimś komunikatem, może się coś zadziać.

Jaką wartość ma w takim razie nagroda Czarnego konia wręczana podczas Ars Independent?

Tworzenie gal, na których rozdaje się nagrody, jest dla mnie zjawiskiem niezrozumiałym i pewnie już zawsze takim zostanie. U nas ten „wyścig koni” ma być tylko prowokacją by o filmie i grach wideo rozmawiać. To tylko i wyłącznie prowokacja.


fot. Michał Jędrzejowski / Ars Independent