Marcin Karnowski: inny sposób opowiadania historii

27 sierpnia 2016
Wywiady

Granie na perkusji i pisanie poezji ma ze sobą wiele wspólnego, a Marcin Karnowski udowadnia, że te działalności można z powodzeniem łączyć. Porozmawialiśmy o tym jak to się robi, ale też o liberaturze, czyli literaturze dla której ważna jest nie tylko treść, ale i forma wydania.

Czerpiesz jeszcze przyjemność z czytania i pisania „tradycyjnych” tekstów?

Marcin Karnowski: Oczywiście, bardzo lubię literaturę, którą tu roboczo można nazwać „tradycyjną”. Rozumiem, że chodzi o typ twórczości, przybierający fizyczną postać kodeksu. Wciąż ukazuje się coś ciekawego, wciąż literatura wymyślana jest na nowo, wciąż czeka ją wiele odkryć. Zawsze wolę „Wszystko płynie” od „Wszystko już było”. Czytam teraz książki Jaume’a Cabre, który odkrywa zupełnie nowe sposoby spojrzenia w nurt czasu. No i ma zachwycającą interpunkcję.

Pytam o to oczywiście w kontekście liberatury i mieszania poezji z muzyką, czyli rzeczy którymi się zajmujesz. Myślisz, że takie eksperymenty z formą i ucieczka od tradycyjnej formy to ratunek dla literatury?

Jest to pewna forma ratunku przed powszechną digitalizacją, ale to właściwie poboczna funkcja liberatury, coś co może dziać się przy okazji. Książki o niestandardowej fizyczności, czyli takie które wybierają dla siebie ciała inne od kodeksowych, nie są dziwadłami. To po prostu inny sposób opowiadania historii. Natomiast muzyka i literatura zawsze są blisko siebie. Pisanie tekstów piosenek i granie na perkusji ma wiele wspólnego. Choć może tego nie widać na pierwszy rzut oka lub ucha.

„Pewna forma ratunku przed digitalizacją”, czyli liberatura musi być namacalna?

Tak się jakoś złożyło, że większość z tych liberackich rzeczy, które wydają mi się najciekawsze posiada materialną postać, ale rzeczywiście nie musi. Np. jedną z pierwszych liberackich opowieści z jakimi się zetknąłem był „Koniec świata według Emeryka” Radosława Nowakowskiego (nota bene również perkusisty).

Dobrze, ale nie nakreśliliśmy jeszcze ram samego zjawiska liberatury, co według Ciebie łapie się pod tę etykietę?

Liberatura jest wówczas, gdy nośnikiem znaczenia są kroje pisma, kształt książki, materiał z jakiej została zrobiona, kolory lub ich brak, puste przestrzenie, kierunek, wielkość, wysokosć – wszystko co składa sie na materialna postać. To w jaki sposób opowiadamy ma znaczenie. Jeśli np. wydrukujemy na papierze toaletowym słowo „Polska”, wówczas mocniej znaczy tworzywo niż samo słowo. Celowo upraszczam tu i podaję przykład dość łatwej prowokacji, aby jakoś zilustrować sytuację. Podział na treść i formę w liberaturze rozmywa się, jeśli tak moge powiedzieć. Katarzyna Bazarnik napisała o tym chyba najtrafniej „J a k jest częścią c o”.

Wydawnictwa muszą nienawidzić liberatury?

Bywa różnie. Niektórzy wydawcy traktują te dzieła jak pretensjonalną fanaberię. Jest taka piękna książka B.S. Johnsona „Niesczęśni”. Zamknięte w pudełku składki, które można czytać w dowolnej kolejności. Składki nie są ze sobą złączone, rozpadają się, w dłoni. Rzecz opowiada natomiast o rozpadzie ciała człowieka dotkniętego rakiem. O postępującej chorobie. Jeśli wydawca zdecydowałby się opublikować książkę w „standardowej” oprawie, okaleczyłby zamysł i wykastrował powieść Johnsona. To nie jest tak, że autor udziwnia. Autor szuka sposobu na przekazanie treści. Być może był to jedyny sposób dla tej historii.

Zaczynałeś od perkusji?

W bloku, w którym mieszkałem jako dziecko było jeszcze pięciu perkusistów. Zrobiliśmy sobie bębny z kartonów. Kolega skonstruował stopę z dużej łychy stołowej, deseczki i skręconej gumy. Nic nie brzmiało. Ale chyba o tym nie wiedzieliśmy. Mój pierwszy zespół to metalowa kapela Imprecation. To była pierwsza klasa technikum poligraficznego, gdzie też mieliśmy próby. Nie bardzo potrafiłem grać, więc dość szybko zastąpił mnie lepszy bębniarz (świetny nieżyjący już perkusista). Później dowiedziałem się, że inny znajomy zakłada z kumplami punkową kapelę. Poszedłem do niego i oświadczyłem, że będę z nimi grał. Akurat nie było nikogo innego w pobliżu.

Technikum poligraficzne może tłumaczyć to późniejsze zainteresowanie formą tekstu? Czy to przypadek?

Chyba przypadek, chciałem własciwie iść do klasy fotograficznej, ale kolega mnie przekonał, że fajniejsi ludzie są w poligrafiku

Trochę Ci posłodzę na koniec – chociaż może już Ci to kiedyś mówiłem? Lubię słuchać jak grasz, bo jest w tym coś więcej niż tylko rytm. Przed chwilą powiedziałeś, że zaczynałeś jako całkowity laik, gdzie w takim razie podłapałeś te swoje umiejętności?

Dziękuję! To zawsze miłe, gdy ktoś nie traktuje cię jak biologiczny metronom. Nietety ja nie bardzo mogę wytłumaczyć jak to się dzieje. Pamietam tylko, że do pewnego momentu wydawało mi się, że trzeba dużo tam zrobić, jak się za tymi bębnami siedzi. A później nauczyłem się, że trzeba też dużo milczeć (zupełnie jak w poezji). Ciągle się uczę, mam wielu świetnych kolegów (Jeden czarodziej (Jacek Buhl) np. próbuje w sąsiedniej kanciapie za ścianą. Gdy gra, czasami wychodzę na korytarz i podsłuchuję), od których wiele się nauczyłem, właściwie warsztatowo mam jeszcze sporo do nadrobienia. To co wydaje mi się takie „moje”, to wybór właściwego miejsca, w którym należy zagrać. Oszczędność.


Marcin Karnowski – poeta, prozaik, perkusista, bibliotekarz, animator kultury. Publikował m.in. w pismach „Fa-art”, „Ha!art”, „Korespondencja z ojcem”. Współtwórca i redaktor kwartalnika „Fabularie”. Współautor pokonkursowej publikacji Pisz do Pilcha (Warszawa 2005). Wydał książki: Notatki z podróży (Bydgoszcz 2011), Brudna forma – wspólnie z Radkiem Drwęckim (Bydgoszcz 2013) i Przerzutka (Bydgoszcz 2015). Nagrał kilkanaście płyt, zagrał ponad sto koncertów w Polsce, w Niemczech, na Słowacji, we Włoszech, w Norwegii, w Islandii, na Litwie. Współtwórca interdyscyplinarnych festiwali Liberatak i Adaptacje oraz Czytelni Liberatury w Bydgoszczy. Na co dzień perkusista i autor tekstów w zespołach 3moonboys i Brda. Perkusista zespołów Variété, George Dorn Screams i Ur Jorge.

Foto. Marta Koźbiał.