Gdzie ta Federacja?

2 sierpnia 2017 Blog

Sprawnie działające społeczeństwo złożone z wielu kultur, które postawiło na samorozwój zamiast na destrukcję – ta idea wydaje się teraz chyba jeszcze bardziej nierealistyczna niż kiedy powstała w głowie Gene’a Roddenberry’ego w latach 60 ubiegłego wieku.

Wizja przyszłości

Odpaliłem niedawno na Netflixie Star Trek: Następne pokolenie, żeby sprawdzić jak bardzo się ten serial zestarzał. Kiedyś oglądało się go o dziwnych porach w telewizji, a dziś całość dostępna jest z poziomu kilku kliknięć. W tym miejscu warto przypomnieć, że Star Trek to nie jedna produkcja, ale cała seria produkcji, które rozgrywają się w idealistycznej przyszłości, a której głównymi bohaterami są wszechstronni mieszkańcy Federacji. Organizacji skupiającej mieszkańców różnych planet i cywilizacji, a te bywają skrajnie odmienne od naszej. Takie prawidła opowieści sci-fi rozgrywających się w kosmosie.

Jest to świat, w którym nie istnieje bieda, bo nie ma pieniędzy, a jedzenie powstaje „z powietrza” w replikatorach. Nie ma obowiązku pracy, ale wiele osób podejmuje wyzwania, prowadzi badania i odbywa służbę na statkach kosmicznych, a wszystko po to by swoje idee szerzyć pośród innych form życia, a przy okazji rozwijać się. Główni bohaterowie czytują i cytują klasyczną literaturę, grają na instrumentach ale i w pokera, ćwiczą sztuki walki, relaksują się w wirtualnej rzeczywistości – słowem bliżej im do ludzi renesansu niż do nas.

Jak tak oglądam kolejne odcinki, a jestem już na czwartym sezonie przygód kapitana Picarda i reszty załogi statku Enterprise, i potem spoglądam na nagłówki w mediach to widzę dwie rozmijające się wizje. W jednej mamy to wszystko opisane przed chwilą, a w drugiej: Trumpa, Putina i kolejne rządy, które bardziej myślą o zamykaniu granic niż otwieraniu się na obcych, a także ludzi, którzy dają się manipulować, bo nie chce im się sprawdzić czy coś jest faktem czy tylko postprawdą, czyli ładnie nazwanym kłamstwem. Jeżeli szukać wizji przyszłości w popkulturze to w sferze technologi może i idziemy w stronę Star Treka, ale w na poziomie idei bliżej jest nam do zdegradowanych pustkowi z Mad Maxa.

Serial

Wracając jednak do samego serialu i jego formy to lekko się zestarzał, a przynajmniej pierwsze dwa sezony, potem jest trochę lepiej. Jednak siadając do Następnego pokolenia musicie pamiętać, że ten serial to bardziej teatr telewizji niż produkcja pełna efektów specjalnych i bitw rozgrywanych w kosmosie. Wiele rzeczy jest tu umownych, szczególnie w warstwie wizualnej, gdzie obce istoty potrafią różnić się od siebie wzorem na czole lub szpiczastymi uszami.

Ta oszczędność była maskowana scenariuszami, które bardziej skupiały się na rozwijaniu charakterów, relacjach pomiędzy bohaterami niż na jakiejś widowiskowej akcji. Właście to każdy kolejny odcinek to takie fabularne omówienie jakiegoś zagadnienia z filozofii lub psychologii, a niemal każda historia kończy się morałem lub jakąś jasną myślą końcową. Czasem brakuje też głównego wątku, który by to wszystko spajał. Co prawda zarysy jakiś większych historii pojawiają się od czasu do czasu, ale są jednak przykrywane przez pojedyncze, zamknięte opowieści.

Przy dłuższym oglądaniu kilku odcinków pod rząd, któremu sprzyja Netflix, zaczyna lekko przeszkadzać powtarzalność całości. Chodzi głównie o to, że historie opowiadane przez scenarzystów oparte są o kilka schematów, które funkcjonują na przemian. Także zachęcam do tego, żeby zamiast obejrzeć jak najwięcej na raz – dawkować sobie po jednym odcinku na dzień. Jeżeli macie dzieci to możecie oglądać Star Trek: Następne pokolenie z nimi (nie ma tu krwi i przemocy, ale mogą się zanudzić długimi dialogami), może wtedy ta wizja przyszłości z gwiezdną Federacją jakoś zakorzeni się w ich głowach. Lepiej, żeby ta, niż to powojenne pustkowie z Mad Maxa.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.