Dzięki Panie Szyszko

3 lipca 2017 Blog

Jestem politycznym dzieckiem ministra Szyszki. Już tłumaczę.

Jest 2007 rok, premierem jest Jarosław Kaczyński, a ministrem środowiska Jan Szyszko. Zima trwa w najlepsze, a w całej Polsce odbywają się protesty przeciwko budowaniu drogi przez Dolinę Rospudy. Adam Wajrak alarmuje w mediach o problemie, a wątpliwości co do całej sprawy ma też Komisja Europejska. No patrząc na to co dzieje się teraz z Puszczą Białowieską to można mieć niezłe deja vu.

Jest zima, jak dobrze pamiętam to luty, stoję lekko zmarznięty na ulicy Stawowej w tłumie ludzi z zielonymi wstążkami przypiętymi do kurtek. Jest kilka transparentów, ktoś mówi o Rospudzie przez megafon, całość trwa może z pół godziny i jest – co tu dużo mówić – dość kameralnie.

Czemu wspominam o tym wydarzeniu? A bo to właśnie działania ministra Szyszki wobec Doliny Rospudy spowodowały, że moja aktywność społeczna nie skończyła się na komentowaniu polityki w gronie znajomych. Potem jakoś już poszło, ale dzięki Panie Szyszko za tamtą mobilizację.

Zszedłem na temat mojej wyjątkowej relacji z ministrem kiedy odkryłem, że w tym roku obchodzimy okrągłą rocznicę, a tak naprawdę miał to być tekst o tym, czemu jestem jednak po stronie tych co puszczę chronią i czemu coraz cześciej piszę tu o ekologi, a przecież na każdym kroku deklaruję, że jestem mieszczuchem.

To proste – wierzę w równowagę. Jeżeli coraz większą przestrzeń naszego globu zalewamy betonem, to o zmniejszające się powierzchnie zielone trzeba zadbać mocniej. Bo niestety, z całej mojej chorej miłości do betonu, to czystego powietrza ani wody z tego nie będzie. A wypadałoby jednak czasem zaciągnąć się jednym i napić drugiego.

O równowagę nie powinniśmy dbać tylko w stosunku do głupoty.

Dzięki Panie Szyszko za uświadomienie mi tego w odpowiednim czasie.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.