Czy to już? – Powrót do Twin Peaks #7

4 września 2017 Blog

David Lynch i Mark Frost zrobili to. Po dwudziestukilku latach wrócili do świata Twin Peaks i nie zawiedli oczekiwań, chociaż poważnie zamieszali zarówno w głowach, jak i sercach fanów. A nawet nie chcę zgadywać o czym musieli myśleć producenci wykładający pieniądze na realizację tego przedsięwzięcia, kiedy usłyszeli jaki jest pomysł na ten projekt.


W tekście pojawiają się spoilery, ale czy to ma znaczenie w Twin Peaks?


Sen w śnie

Nowe odcinki Twin Peaks emitowane w ostatnich tygodniach to nie tyle trzeci sezon, co podzielony na części film pod tytułem Twin Peaks: The Return. To kolejny rozdział epickiej opowieści o walce dobra ze złem. Opowieści, która nie ma końca i początku, a wciąż może być rozszerzana, bo i dobro i zło zawsze będzie istnieć, chociaż obie te siły przybierają różne formy w różnych czasach. I niech będzie to odpowiedź na pytanie: czy możemy spodziewać się ciągu dalszego. Dla jasności, ta odpowiedź brzmi: możemy lub nie, a w zasadzie to nieważne.

Przez kilkanaście tygodni twórcy Twin Peaks testowali uwagę i wytrzymałość widzów, prezentując nielinearną opowieść o powrocie agenta Dale’a Coopera do rzeczywistości, w której rozgrywał się oryginalny serial. Powrót to trudny, bo oryginalny Cooper przez ostatnie dwadzieścia pięć lat był uwięziony w czarnej chacie, a w tym samym czasie zły sobowtór Coopera rozsiewał mroczne emocje na Ziemi. Przez większość odcinków oglądaliśmy więc poczynania tego złego, który szuka jakiś współrzędnych oraz tego dobrego, który niejako uczy się być znowu człowiekiem.

Historia rozgrywa się na kilku płaszczyznach – oglądamy zarówno to co dzieje się na Ziemi, jak i gdzieś tam w innych wymiarach. Wątki pojawiają się i znikają, a całość nabiera sensu dopiero w okolicy 16 odcinka Twin Peaks: The Return, mniej więcej wtedy kiedy Cooper naprawdę powraca. Wtedy twórcy zaczynają łączyć kolejne fragmenty opowieści, a najważniejsi bohaterowie spotykają się biurze szeryfa Trumana w Twin Peaks, gdzie stoczona zostaje finalna (?) bitwa z BOBem. Następnie agent Cooper wyrusza w podróż w przeszłość, podczas której ratuje… Laurę Palmer. Co prowadzi do tego, że powstaje nowa rzeczywistość, nowa linia czasowa, co generuje też nowe problemy, ale to już ewentualna furtka do ewentualnego kolejnego rozdziału historii Twin Peaks.

W tych osiemnastu odcinkach rozbudowana została mitologia Twin Peaks – poznajemy historię konfliktu, dowiadujemy się kiedy BOB i jemu podobni przedostali się do naszej rzeczywistości, kto z kim walczy, jak zbudowany jest ten świat, ale oczywiście niewiel z tych rzeczy podanych jest wprost. Większości szczegółów trzeba sobie dopowiedzieć, lub doczytać we wspomnianych już Sekretach Twin Peaks.

Przewodnikiem widzów w tym całym zamieszaniu są tym razem agenci FBI, których już kiedyś poznaliśmy: Albert Rosenfield i Gordon Cole (oboje pojawili się już w oryginalnym serialu) oraz Tammy Preston (narratorka książki Sekrety Twin Peaks). Ta trójka tworzy specjalny oddział, który zajmuje się badaniem zjawisk nadprzyrodzonych, więc wiedzą oni trochę więcej od reszty mieszkańców świata wykreowanego przez Lyncha i Frosta. Do tej trójki w międzyczasie dołącza Diane, do której swoje taśmy adresował agent Cooper w pierwszych dwóch sezonach. Ta grupa dopowiada i łączy wiele wątków ze sobą, ale też niewiele robi od siebie. W tym sensie, że gdyby tych bohaterów zabrakło, to jako widzowie wiedzielibyśmy trochę mniej, ale sama opowieść rozegrałaby się tak samo.

Powraca także wiele osób ze starej obsady (drugi i trzeci plan), ale ich bohaterowie są tu na marginesie, chociaż trzeba przyznać, że większość z nich dostaje jakieś zamknięcia swoich wątków. Szkoda jednak, że odbywa się to w miedzyczasie głównego wątku i trochę tak na siłę. Tak, żeby było ze są.

Meta

Musimy pamiętać, że oryginalne Twin Peaks było serialem, które wyśmiewało telewizję i wszystko co w niej wtedy pokazywano – ze wskazaniem na opery mydlane. Jak bohaterowie rozpaczali to do krzyku, jak kochali to na całego, a jak zdradzali to z kim się da. Świat się zmienił, telewizja się zmieniła i ten sam manewr już by się nie udał.

W popkulturze nie rządzą już telenowele, a raczej wszelkiej maści sequele, restarty i próby odświeżenia starych konceptów w nowej formie. Świetnie widać tę zabawę na przykładzie Kyle’a MacLachlana, który gra tu oryginalnego Coopera (reprezentacja tego co widzowie chcą, czyli klasyki, którą znają sprzed lat), jego mroczną (trend na urealnione i mroczne filmy, w stylu Mrocznego rycerza Nolana) i głupkowatą (te luzackie i komediowe kontynuacje w stylu nowego Słonecznego patrolu) wersje.

W czasach, w których studia filmowe tworzą uniwersa spajające różne marki, a bohaterowie jednego tytułu przenikają do innego, David Lynch i Mark Frost pokazali, że potrafią stworzyć uniwersum w uniwersum, z którego da się przejść do kolejnego uniwersum, a część wydarzeń przenika do rzeczywistości, w której żyją widzowie.

Myślę, że znaczącym jest też, że w dobie celebracji młodych, pięknych i gładkich aktorów, w Twin Peaks: The Return kamera nie unika starzejących czy nawet schorowanych bohaterów, właściwe to wokół nich rozgrywa się historia. Co sprawia, że pomimo ogólnego nadprzyrodzonego klimatu historia wydaje się bardziej rzeczywista.

Czy warto?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

Twin Peaks: The Return to nietypowe widowisko, które trzeba oglądać i słuchać bardzo dokładnie, a całość to Lynch w pełnej okazałości, który wykorzystuje tu tricki ze wszystkich swoich produkcji. Są sny, nocne jazdy samochodem, bardzo dziwne i nieznośne długie sceny, jest też mrok przechodzący w nieoczywisty humor. No, Lynch do kwadratu.


Tekst jest częścią cyklu Powrót do Twin Peaks, w ramach którego wspólnie przygotowywaliśmy się do powrotu tego kultowego serialu do telewizji, a teraz śledzimy ciąg dalszy.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.