Czy androidy śnią o dobrych sequelach?

10 października 2017 Blog

Kto spodziewał się, że nowy Blade Runner będzie efektownym filmem akcji to po seansie mógł się zawieść. Kto spodziewał się słabej reaktywacji marki, robionej tylko po to by zarobić – zawiódł się na pewno.

Blade Runner 2049 to co prawda sequel kultowego obrazu z lat 80 i element nieoficjalnego uniwersum (Blade Runner-Alien-Predator), ale głównie to po prostu cholernie dobry film. Film, którego obejrzenie jest możliwe bez znajomości oryginału czy jakieś magicznej wiedzy zdobytej na forach internetowych. Jednak zrozumienie tej historii może wymagać poruszenia szarych komórek, ale i umiejętności wysiedzenia swojego w kinowej sali.

Wizualnie Blade Runner 2049 to majstersztyk, a każdy kadr to kolejny obraz, który można by wydrukować i patrzeć na niego bez przerwy. To też w sferze tego co widzimy dzieje się cześć historii. Bohaterowie nie o wszystkim mówią wprost, część podpowiedzi co do fabuły pojawia się na ekranie i to od widza zależy jak szybko połączy pewne fakty. Czasem to jakiś drobny napis, czasem to odpowiednia mina, a czasem jakiś element będący nawiązaniem do oryginału. W skrócie: na tym filmie szkoda jest mrugać.

Wcale nie gorzej jest w sferze dźwiękowej, a muzyka i realizacja wszelkich odgłosów wręcz krzyczy: dajcie tym ludziom Oscara! A trzeba powiedzieć, że za muzykę odpowiada Hans Zimmer, który od lat tworzy ścieżki dźwiękowe do kolejnych hollywoodzkich produkcji metodą kopiuj-wklej, a czasem wydaje się, że wręcz nie wie o czym jest film, przy którym pracuje. Tu jest inaczej – muzyka świetnie podbija to co widzimy na ekranie, a jak potrzebna jest cisza to jest cicho, czyli jest tak jak być powinno.

Najdłużej wątpliwości miałem co do fabuły, bo z każdą minutą historia zmierzała coraz bardziej w stronę strasznie banalnego zakończenia. I nawet kiedy bohaterowie sugerowali w dialogach coś innego, to uwierzyłem, że końcówka będzie czymś więcej dopiero jak ją zobaczyłem. No bo to mógł być banalny film o kolejnym wybrańcu, następna opowieść o wielkim przeznaczeniu i tysięczna historia o rycerzu na białym koniu (w tym wypadku konia zastępuje latający Peugeot) z historią miłosną w tle. Na szczęście ostateczny wydźwięk jest inny. I nawet wątek Harrisona Forda nie wydaje się taki wymuszony, jaki mógłby być. Ford ostatnio ma fazę na odświeżanie swoich dawnych ról w kolejnych sequelach, przy czym dopiero w Blade Runnerze 2049 przejawia jakieś zainteresowanie swoim bohaterem. Czytaj: komuś nie wystarczyło, że Harrison Ford zagra w filmie, ale coś od niego wymagał na planie.

Blade Runner 2049 to też nie tylko widowisko dla samego widowiska, ale próba powiedzenia kilku rzeczy o współczesnym świecie. Jest to wszystko komentarzem do naszego uwielbienia dla technologii (ale to w zasadzie ciąg dalszy cyberpunkowej narracji, która była też w oryginale), niechęci do osób innego pochodzenia, czy chociażby roli kobiet w społeczeństwie. To wszystko to materiały na długie opracowania, takie jakich wiele sprowokowała pierwsza cześć. I to niech będzie dowodem na wielkość tego filmu, a nie to ile biletów sprzedano w pierwszym czy drugim tygodniu w kinach. Pierwszy Blade Runner też był finansową klapą, wersja kinowa tego filmu była skrojona pod masowego widza, a dopiero po latach dostaliśmy taki obraz, jakim wyobrażał go sobie reżyser. Tu od razu dostajemy gotowy niemasowy produkt, którego problemem jest jedynie to, że sprzedawany jest jako coś dla każdego.

Podobało się? Podaj dalej »

Nazywam się Sebastian Pypłacz, piszę z perspektywy mieszczucha, który interesuje się zarówno kulturą, jak i polityką. Staram się pokazywać, że oba te tematy nie są niczym tak strasznym ani nudnym, jak wielu sądzi.