Andrzej Teofil: Tańcząc wpadasz w trans

11 czerwca 2016
Wywiady

Przyzwyczailiśmy się do tego, że muzykę sprzedaje się dziś jak normalny produkt, a muzycy oprócz grania muszą też myśleć o promocji i całej otoczce swojej twórczości, ale mój dzisiejszy gość – Andrzej Teofil – to człowiek z innego wymiaru.

Andrzej Teofil – akordeonista, gra w zespole Blokowioska, współpracuje z innymi artystami, jak i występuje solowo. Grywa na potańcówkach z muzyką ludową i folkiem.

Ten akordeon przyszedł do ciebie przypadkiem, czy to był twój wybór?

Andrzej Teofil: Pochodzę z wielodzietnej rodziny, w której każdy na czymś grał. Tata nie pytał się: czy chcę grać, ale jaki instrument wybieram. Akordeon nie był świadomym wyborem, z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że to był zupełny przypadek. A początkowo bardzo nie lubiłem na nim ćwiczyć.

I w ramach tej rodzinnej mobilizacji instrumentalnej, przyszedł też folk?

Na początku była podstawówka muzyczna, więc granie klasyki. A ten folk zawsze gdzieś tam był. Były też szanty, jakieś kolędy i kaseta Smugglersów – pamiętam całą na pamięć. A potem album Grzegorza z Ciechowa.

Po podstawówce miałem tak bardzo dość szkoły muzycznej że rzuciłem granie zupełnie. Potem była fascynacja gitarą i raczej cięższymi odmianami grania. Folk przyszedł z Blokowioską, kiedy zostałem zapytany przez Magdę Bieleń o to czy znam jakiegoś akordeonistę chętnego do grania bałkańskiej muzyki z elektroniką lub czy sam nie chciałbym pograć. Nie grałem wtedy już 10 lat lat na akordeonie.

Wiesz co, dopytuje o ten instrument i o ten folk, bo patrząc z boku na to co robisz – grasz gdzie się da, z kim się da i właściwe chyba jak tylko się da – to akordeon i ta muzyka jest chyba dla ciebie bardzo ważna?

Gram dużo bo przychodzi mi to łatwo i daje dużo frajdy. Ludzi to dziwi, że jestem w stanie grać całą noc i skończyć nad ranem. A dla mnie jest to po prostu fajny sposób spędzania czasu.
Przy czym akordeon jest idealny, bo właściwie ma już wszystko (melodię, bas i harmonię między nimi), a do tego gra akustycznie. Może ze dwa lata temu zacząłem również śpiewać.

Mógłbym się obyć bez grania muzyki. Serio, mam dystans.

Mógłbyś się obyć, ale póki co to jest już twój sposób na życie? Czy raczej jest to po prostu zajmujące hobby?

Jak grałem na basie to to było hobby. Przejście na akordeon spowodowało, że przestałem dopłacać do grania i to jest super uczucie. Wiesz ile kosztuje strojenie akordeonu?

Nie, ile?

Parę stówek, a w dodatku ciężko znaleźć kogoś kto to robi. Ja serwisuje swój akordeon w Radzionkowie u pana Tadeusza.

I przy takim całonocnym graniu, co ile trzeba stroić instrument?

Akordeon wytrzymuje paręset godzin – myślę, że w trybie potańcówkowym to jest około dwóch lat. Teraz będę kupował nowy instrument. Mój pierwszy własny akordeon (Weltmeister Gigantilli) ma już ponad 50 lat. To bardzo dobry instrument i dość specyficzny. Przestali je produkować w latach 60.

Pociągnijmy temat tych potańcówek. Większość z tych imprez na których się pojawiasz to nie są jakieś duże wydarzenia, często odbywają się bez większej promocji. Do tego googlując twoje nazwisko, trudno znaleść wiele informacji o tym co robisz. To dlatego, że ci na tym nie zależy czy może nie potrzebujesz promocji, bo kolejni organizatorzy polecają sobie Ciebie pocztą pantoflową?

Ostatnio zrobiłem sobie wizytówki. (śmiech)

A tak na serio to wiesz co – nie przejmuję się tym. Nie mam nawet strony na Facebooku – to nie działa. Jakiegoś bloga chciałem założyć, ale jakoś ucieka mi to. Nie ma też moich solowych nagrań w internecie. W zeszłym roku nagrywałem płytę, ale utknęło to w martwym punkcie. Preferuję kontakt z polecenia, bo jak się dużo gra to to samo się napędza.

Czyli robisz też jakiś własny materiał czy solowo grasz tylko klasyki?

W tej chwili może to wyglądać jak bym grał tylko w Blokowiosce, ale tak naprawdę to udzielam się bez przerwy solowo: piszę piosenki autorskie, występuje na potańcówkach jako Marchewka z groszkiem, dla zabawy jako Afterparter, gram do bajek z Baśniami na warsztacie. Z czasem bardzo polubiłem grać standardy, bo to tyle pięknych melodii. Poza tym ciekawym aspektem grania na potańcówkach jest to, że grajek jest mniej ważny od samego tańca i repertuaru – po prostu umiesz albo nie. To jest granie dla tańczących ludzi, ale wiesz, mam na myśli taniec towarzyski. Solowe podrygi to zupełnie nie to.

Solowe podrygi odpadają, ale w tych parach to kto tańczy?

Młodzi zaczynają coraz więcej tańczyć. Myślę, że jest wielka potrzeba takiego ruchu. Sam jeszcze ze trzy lata temu nawet nie pomyślałbym, że mi się to spodoba, byłem wręcz zupełną kłodą na parkiecie, a teraz dużą frajdę sprawia mi uczenie innych tańca.

Na pierwszej śląskiej potańcówce miałem taką myśl, że to jest niesamowite że można przetańczyć z paroma dziewczynami wieczór i poznać ich charakter bez zamieniania z nimi słowa. Wiesz, jak zaczynasz to skupiasz się na tym żeby jakoś się utrzymać w tym tańcu i raczej nie ma czasu rozmawiać. To było ekstra. Myślę, że nadchodzi jakiś renesans tańca w parach.

Efekt telewizyjnych programów o tańcu?

Telewizja nie ma nic do tego, bo to jest po prostu potrzeba tańca i bliskości. Zresztą polskie tańce nie są podobne do niczego w telewizji, bo to są tak zwane tańce wirowe. Tańcząc je wpadasz w trans. Patrząc na to z zewnątrz to to jest super nudne.

Z tym transem to mi się podoba.

Zapraszam na potańcówki – one są jak wirus. To w zasadzie ogólnopolski ruch, który działa od lat 90. Są organizowane tabory tańca.

Tabor?

Najbardziej popularny to Tabor Kielecki w Sędku, nazywany „potańcówkowym Woodstockiem”, gdzie 500 osób z całej Polski, a nawet z zagranicy, bawi się przez siedem dni na wiosce w Świętokrzyskim. To jest kosmos.

Jak do Was trafić?

Po nitce do kłębka – zapraszamy na potańcówki. Na przykład w Katowicach będziemy spotykać się przez całe wakacje w każdą środę o godzinie 19 na Dworcowej 13.

Brzmi to wszystko jak zaproszenie do Podziemnego Kręgu.

Wiesz co, to tak jak z tymi moimi wizytówkami, w internecie nic nie ma, a pomimo tego dużo się dzieje. Ilość lajków się nie liczy, chociaż akurat taki Tabor Kielecki ma bardzo dobrą reklamę.

To jest wirus, serio, nawet ludzie na katowickiej Akademii Muzycznej są na niego podatni. Przy czym jest tak, że jak się zaczyna z muzyką ludową to każdy muzyk jest równy – niezależnie czy ma szkołę czy nie.

Foto: Nadina Wiórkiewicz