Agata Twardoch: ludzie się tego boją

30 kwietnia 2016
Wywiady

Cohousing, czyli jak najpierw wybrać sąsiadów, a potem wybudować dom. Agata Twardoch opowiada o alternatywie dla mieszkań deweloperskich.


Agata Twardoch, architekt i urbanista, adiunkt na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej (dyplom WAPŚl 2004, doktorat 2010). Zajmuje się dostępnym budownictwem mieszkaniowym i alternatywnymi formami zamieszkania, prowadzi badania naukowe, otwarte wykłady popularyzatorskie i warsztaty projektowe. Pisze do czasopism branżowych. Projektuje architekturę i wnętrza.


Cohousing to efekt tęsknoty za studenckim życiem w komunie?

Zawsze prostuję, że odmian cohousingu jest bardzo dużo, różnią się one sposobem realizacji tej idei o kooperatywie mieszkaniowej i nie muszą zakładać współdzielenia kuchni, łazienki czy innych przestrzeni. Wydaję mi się, że przez to skojarzenie idei cohousingu tylko z takim byciem w komunie, całe zjawisko jest odbierane jako coś dziwnego. Ludzie się tego boją, bo myślą, że we wspólnym mieszkaniu chodzi pewnie o dzielenie się żoną.

To zaraz wyjaśnimy sobie o co chodzi. Zacznijmy jednak od genezy pomysłu na cohousing.

Zupełne początki cohousingu sięgają XVIII wieku i pewnego utopijnego myślenia o miejscu zamieszkania. Były to socjalistyczne myśli o przestrzeni wspólnej, zhierarchizowanym sposobie mieszkania i odejściu od rodziny na rzecz większej wspólnoty. Jednak te historyczne źródła są już nieistotne dla nikogo, kto dziś zajmuje się kooperatywą mieszkaniową.

Są jakieś miejsca, które mogą posłużyć za przykłady ciekawych rozwiązań?

Ważnymi inspiracjami dla współczesnego cohousingu są działania skandynawskie z lat 60. i 70., przy czym trochę inaczej wygląda to w Danii (bofoellesskaber), Holandii (centraal wonen) Szwecji (kollektivhus). Jeżeli skupiamy się na cohousingu jako wspólnym budowaniu przestrzeni mieszkalnej to współcześnie bardzo prężenie taki system działa w Niemczech jako Baugruppen – grupy budowlane. I jest to dosyć popularna alternatywa w stosunku do zakupu mieszkania od dewelopera. Nawet do tego stopnia, że proces jest w pewien sposób zinstytucjonalizowany, w tym sensie, że istnieją firmy, profesjonalni zarządcy, którzy pomagają takim grupom w realizacji projektu, a miasto część zbywanych nieruchomości kieruje tylko do baugrup, z wyłączeniem deweloperów komercyjnych.

Czym to różni się wtedy od wspólnoty mieszkaniowej?

Wspólnota mieszkaniowa nie zakłada procesu wspólnej budowy, wydaje mi się, że to główna różnica. Poza tym wspólnota mieszkaniowa to sposób organizacji przypadkowych sąsiadów. A w cohousingu znamy ludzi, z którymi budujemy lub remontujemy jakiś budynek, co jest ważnym narzędziem do integracji grupy.

Czemu ludzie decydują się na takie budowanie?

Z trzech powodów. Po pierwsze finansowych, bo nie muszą płacić jakiejś firmie – deweloperowi za pracę i zdolność kredytową. Po drugie z powodu pełnej możliwości ukształtowania miejsca, w którym będą mieszkać, czyli decyzji czy chcemy mieć większy salon czy pralnię, a może jakieś przestrzenie wspólne, które pozwolą oszczędzić przestrzeń we własnym mieszkaniu – wspólne pomieszczenia pozwalają statystycznie zmniejszyć mieszkanie o około 10%. A po trzecie chodzi o możliwość zamieszkania w zintegrowanej wspólnocie. To może być grupa przyjaciół jadających raz w tygodniu wspólny obiad lub kilka nieznających się wcześniej osób, dla których sprawdzianem tego czy będą dobrymi sąsiadami jest już sam etap projektowania domu.

Jak dołączyć do takiej grupy?

Istnieją specjalne strony, na przykład berlińska www.cohousing-berlin.de, na których różne osoby szukają partnerów. W Polsce jest to jeszcze troszkę trudne, na poświęconych zjawisku stronach (np. www.cohausing.pl) pojawiają się bardzo nieliczne oferty – dlatego obecnie najłatwiej zacząć cohausing z grupą przyjaciół, ale całe zjawisko zaczyna się rozwijać. 

Są jakieś konkretne problemy i blokady?

Największym problemem w Polsce jest finansowanie takiego przedsięwzięcia, bo banki nie do końca wiedzą jak je traktować. Teoretycznie można założyć spółdzielnię mieszkaniową, ale w praktyce spółdzielnie mają takie obostrzenia formalne, które jest trudno spełnić małym grupom. Dlatego działa to najczęściej na zasadzie spółek cywilnych. Banki mają z tym problem, bo chcą w tym przypadku pełnej zdolności kredytowej na całą budowę od każdego członka grupy. Wychodząc z założenia, że jak jednej osobie się coś posypie to inni muszą ją wesprzeć. No, ale to jest najczęściej nie do zrobienia, bo mało kto ma taką zdolność kredytową, żeby wybudować całą kamienicę samemu. A jeżeli by miał, to pewnie nie brałby się za cohousing.

Na pewno też takie wspólne budowanie trwa dłużej niż u dewelopera, bo po pierwsze każdy element projektu, a potem budowy, trzeba omówić w większej grupie, a po drugie grupom zazwyczaj brakuje takiego know – how, którym dysponuje każdy doświadczony deweloper. Z tego powodu w większości powstający cohausingów (nie tylko w Polsca, ale i w Niemczech, znajduje się przynajmniej jeden architekt, który zazwyczaj jest najpierw inicjatorem grupy, a potem bardzo pomaga ogarniać proces projektowo – budowlany.

Problemem może być też oczywiście to, że zawsze można się z kimś nie dogadać. No, ale konflikt z całkowicie przypadkowym sąsiadem jest znacznie bardziej prawdopodobny, więc nie traktowałabym tego jako problem.

Wspomniałaś, że w Polsce są problemy ze znalezieniem partnerów do wspólnej budowy, ale ktoś już tym się zajmuje.

Miejscem, które warto obserwować w Polsce jest wrocławska dzielnica Nowe Żerniki. Jest to znaczny teren wydzielony przez miasto, na którym już od samego początku pracują architekci, którzy w procesie spotkań, warsztatów i konsultacji stworzyli kompleksowy master plan, na którego podstawie uchwalony został obowiązujący plan miejscowy. Część z tych terenów została wydzielona właśnie pod cohousing.

To wydzielenie wiąże się z jakimiś ułatwieniami dla chętnych?

We Wrocławiu bardzo fajnie i systemowo do tego podeszli. Prezydent Miasta wysłał swoich urzędników do Niemiec w celu podejrzenia jak to tam wygląda. Oni zabrali stamtąd takie knowhow i wzory umów jakie są podpisywane. Całość potłumaczyli, skonsultowali z prawnikami i w efekcie stworzyli dokument, który stał się bazą do dalszego działania. Skorzystało z tej możliwości kilka grup, a w rozmowie z bankiem pomogło miasto, które wystąpiło w roli gwaranta.

A co się stanie jeżeli ktoś w trakcie zrezygnuje?

To jest ustalane na poziomie umów wejściowych. Kojarzę takie rozwiązanie, że jeżeli rezygnacja jest z powodów losowych to trudno, a jeżeli z powodu jakiegoś widzimisię lub zniechęcenia to płaci się jakąś karę.

Brzmi to wszystko jak niezłe wyzwanie.

Zaletą cohausingu w stosunku do budownictwa deweloperskiego jest także fakt, że dla grup cohausingowych opłacalne jest zabudowywanie trudnych, małych i nieforemnych działek w strukturze miasta, na czym zyskują po pierwsze mieszkańcy (bo mogą pozyskać tańsze mieszkania z dobrym dostępem do infrastruktury miejskiej), oraz miasto, bo uzupełnia swoją strukturę społeczną zorganizowaną już wspólnotą sąsiedzką, dzięki czemu wzrasta bezpieczeństwo i potencjał społeczny miejsca. 

Niektóre miasta dostrzegają te zalety i oddają wspólnotom cohausingowym grunt we władanie wieczyste (zamiast sprzedawać). Tak było we Wroclawiu, tak bywa także w Niemczech. 

Podobało się? Podaj dalej
»